niedziela, 20 sierpnia 2017

Leśna Trylogia z Pocztą Polską!

Bardzo, ale to bardzo się cieszę, że moje książki - całą trójeczkę - zamówiła Poczta Polska! Tak się spodobały poprzednie tomy, że dyrekcja tej zacnej, stricte polskiej firmy postanowiła w 400 placówkach ładnie wyeksponować całą trylogię. Jest to zaszczyt i wyróżnienie, bo nieliczne, wyjątkowe tytuły trafiają do tak szerokiego rozpowszechniania. Naprawdę jestem szczęśliwa!
Jeśli więc zobaczycie u Was, na poczcie, taki plakat...


... to znaczy, że już niedługo będzie można tu zakupić Leśną Trylogię. Mam nadzieję, że po przyjaznej dla Waszych portfeli cenie. :)

Same dobre wiadomości, prawda? :)

niedziela, 6 sierpnia 2017

O Kolekcji, ekranizacji i jeszcze paru innych sprawach...

Pamiętacie o kolejnych tomach Kolekcji Katarzyny Michalak? Druga edycja dobiega końca, jutro ukaże się w kioskach tom 23 "Serce Ferrinu cz.2", potem jeszcze tylko osiem i koniec.


Tutaj są wszystkie informacje, także to, gdzie kupić poprzednie tomy:  http://katarzynamichalak.blogspot.com.au/2015/04/wszystko-co-chcecie-wiedziec-o-kolekcji.html


Teraz najnowsze wiadomości z Jagódki, Australii i okolic.

Otóż byłam w Polsce! :D Parę tygodni temu zatęskniliśmy z Patiniem za Ojczyzną tak bardzo, że kupiłam bilety, wsiedliśmy w samolot (potem drugi... trzeci... czwarty...) i zaledwie po 33 godzinach wylądowaliśmy w kraju. Patiś pojechał do dziadków, ja rzuciłam się w wir spraw do załatwienia.

Spiesząc na spotkanie z producentami ekranizacji słyszę nagle: "O Boże, to pani Kasia!!!". I tak oto spotkałam Czytelniczkę, Kasię z córeczką, która właśnie przyjechała do Warszawy. Zrobiłyśmy sobie fotki, złożyłam autograf z dedykacją w "Czerwieni Jarzębin".  Wierzcie, że spotkać mnie przypadkiem, w ciągu paru dni, gdy byłam w Warszawie, to zupełnie niesamowite!

Jak już wspomniałam, zdążałam na ważne spotkanie. Podczas czterech godzin rozmów i wstępnych ustaleń zgodziliśmy się z producentami i reżyserem, że ekranizacji "W imię miłości" będzie od razu w jęz. angielskim, grana przez aktorów brytyjskich, tak by mógł tę historię zobaczyć cały świat. Zaraz po powrocie do mojego drugiego domu usiadłam do komputera i zaczęłam szukać odpowiednich aktorów (lubię to!!!). Oto mała Brytyjka, która mogłaby zagrać Anię:


Neda, Weronikę i Małgosię też znalazłam, a już Edward... jeśli moje plany się powiodą będziecie zaskoczone! :D
Oczywiście liczę się z tym, że ekranizacja może w ogóle nie wypalić, ale samo planowanie, szukanie odtwórców głównych ról, konsultacje co do treści scenariusza, fabuły etc - to wszystko jest fantastyczne. W pierwszym etapie prac nad filmem zostanie napisany scenariusz, potem odbędzie się casting, obejrzę zdjęcia próbne, dokonamy wyboru aktorów i... powstanie trailer! Tak! Trailer z Anią i Nedem. Naprawdę jest na co czekać. :D

1 sierpnia byłam w Warszawie - jak wiecie, to szczególny dzień i dla miasta, i dla mnie. Na pl. Zamkowym tworzyłam wraz z setkami Patriotów kotwicę Polski Walczącej. Ogromne wzruszenie, łzy w oczach, ciarki, gdy zaczęły wyć syreny...
Po powrocie do Australii otworzyłam plik z "Miastem Walecznych", przeczytałam parę rozdziałów i znów zaczęłam się zastanawiać, dlaczego, na Boga!, nie mogę przysiąść do tej gotowej niemal opowieści, skończyć chociaż pierwszy tom i oddać go do Waszych rąk. Woła do mnie rok w rok, właśnie w okolicach pierwszego sierpnia: "Napisz mnie, napisz!"... Powinnam przyjechać do Polski, zabrać 20kg bibliografii na jakieś odludzie, laptopy dwa i w końcu to zrobić: dopisać co trzeba i wypuścić powieść o Powstaniu Warszawskim w świat.


Okej, to byłoby chyba na tyle. Przypominam, że ostatni tom leśnej trylogii już za trzy tygodnie, w Empiku trwa przedsprzedaż wydania specjalnego. Można je kupić tutaj: http://www.empik.com/blekitne-sny-michalak-katarzyna,p1147675027,ksiazka-p
Zawiera dodatkowy rozdział: "Listy z Leśnej Polany". Trochę mi smutno, że powieść dobiegła końca. Naprawdę świetnie mi się ją pisało. Trzej bracia Prado i trzy dziewczyny okazały się wspaniałymi bohaterami podróży przez ponad 900 stron. Mam nadzieję, że Wy także się z nimi zżyłyście.


Ja wracam do pracy nad świąteczną niespodzianką, czyli "Gwiazdki w nieba". Ładna, ciepła i wzruszająca jest ta opowieść... Okładka oczywiście BEZ KOSZYCZKA, bo nawet moja sąsiadka z Urli City za taką się opowiedziała. :)


Och, jeszcze wiadomość, która Was pewnie zmartwi: na razie nie będzie fanpejdżu na fejsbuku. Ale obiecuję częściej pojawiać się tutaj.

Jeszcze jedno: podczas pobytu w kraju spotkałam się z moją ulubioną fotograf Klaudią Rataj na sesji zdjęciowej. Pracowałyśmy ładnych kilka godzin nad zdjęciami portretowymi. Gdy dostanę od Klaudii fotki, na pewno je Wam zaprezentuję!

Do zobaczenia więc.

Wasza Kejt. 

poniedziałek, 24 lipca 2017

Wydanie specjalne i przedsprzedaż w Empiku

Cześć, dziewczęta, ruszyła przedsprzedaż "Błękitnych Snów" w Empiku. (Premiera 30 sierpnia) Nie chcę się chwalić (właściwie to chcę ;) ale 3 dni po rozpoczęciu sprzedaży najmłodsza jest już na 10 miejscu w top 100 i nr 1 na swojej półeczce, czyli w literaturze obyczajowej.
Cieszę się, że tak bardzo na nią czekacie.

Teraz informacja: edycja limitowana z dodatkowym rozdziałem "Listy z Leśnej Polany" jest do kupienia TUTAJ

Natomiast wersja zwykła jest do kupienia TUTAJ

Kupiłyście już swoje "Błękitne Sny"? Dopiero kupicie? Jeśli tak, to gdzie się zwykle zaopatrujecie? Ja jak zwykle polecam ravelo.pl Lubię ten portal i tyle. :)

Wracam do pisania, a Wy odpoczywajcie. Nad morzem, na wsi, w górach, za granicą, czy po prostu na balkonie albo tarasie.

Wasza Kejt

wtorek, 6 czerwca 2017

czwartek, 1 czerwca 2017

Rozbiłam bank!!!

"Czerwień Jarzębin" nr 1 na trzech największych portalach. :)) 


  Co teraz, zapytacie, skoro w Polsce osiągnęłam wszystko, co możliwe?  
Spocznę na laurach i oddam się kontemplacji przyrody? Nic bardziej  błędnego. Już mam następny cel: Nr 1 na liście bestsellerów New York  Times'a. Bo dlaczego nie? My, Polacy, jesteśmy pełni kompleksów wobec  Zachodu, a naprawdę potrafimy, jak chcemy... :))


niedziela, 14 maja 2017

"Zawodowy hejter niszczy tanio i skutecznie", czyli jak zostałam zmuszona do opuszczenia kraju...

Jakiś czas temu dostałam informację, że pewnej osobie za skuteczne zniszczenie mnie jako pisarki zaproponowano kilka tysięcy miesięcznie. Praktyki płacenia z pozytywne recenzje - od 500zł w górę - znałam. Tymczasem okazuje się, że zleceniodawcom, kimkolwiek oni są, płacenie za pozytywne recenzje mojej konkurencji nie wystarczało. Zaczęli opłacać zawodowych hejterów. Na początku nie uwierzyłam. Potem owszem. A ponieważ sama nie wchodzę na żadne blogi, ani strony poświęcone literaturze, poprosiłam osobę zewnętrzną, by obiektywnie przyjrzała się temu zjawisku i oto przedstawiam jak ten proceder wygląda.

Zawodowy hejter nie nazywa siebie oczywiście hejterem, tylko blogerem lub recenzentem. Zostaje "wyhaczony" przez zleceniodawcę z grona osób, które próbowały zaistnieć jako pisarz lub dziennikarz, ale ponieważ los poskąpił im talentu, zostają wyrzuceni nawet z podrzędnego portalu. Ich samoocena jest wysoka ("nie poznali się na mnie, s..syny"), frustracja również, ale zleceniodawcy potrzebna jest jeszcze u potencjalnego "pitbulla" chęć zemsty na tych "którym się udało". Łatwo jest znaleźć takich frustratów... Zleceniodawca upatruje sobie owego i pisze doń maila, oczywiście anonimowo. Od teraz frustrat nie jest już frustratem. Staje się "zawodowym hejterem". Pitbullem, który ma zagryźć. Dostaje zlecenie na konkretną osobę. Wszelkie chwyty dozwolone. Łamanie prawa cywilnego, czy karnego również, przy czym w razie gdyby osoba hejtowana wystąpiła do prokuratury czy z powództwem cywilnym, zleceniodawca - oczywiście anonimowo - zapewnia wsparcie dobrych prawników. Comiesięczna pensja płatna gotówką, pieniądze z ręki do ręki. Za szczególnie efektowny "chwyt" - premia.

Działalność hejtera polega na zakładaniu dziesiątek - jeśli trzeba to setek - kont pocztowych, by na ich bazie logować się dziesiątkami - setkami - na fejsbuki, portale książkowe, księgarnie internetowe i oczywiście fora. Wszędzie tam zawodowy hejter po pierwsze zaniża oceny książki, po drugie pisze negatywne recenzje. Przy czym nie mogą być to wpisy typu "to jest głupie", ma to być "rzetelna ocena powieści" podpisana przez np. filologa jęz. polskiego. Ma być wiarygodnie. Profesjonalnie.

Hejter ma wolną rękę w niszczeniu celu: może dowolnie i bezkarnie - i im bezczelniej, tym więcej lajków - łamać prawo, bo w razie czego dostanie "wsparcie". Oprócz działalności "fejkowej" i owych setek anonimowych kont, zawodowemu hejterowi zależy na wyrobieniu sobie nazwiska - dlatego zleceniodawca go wyhaczył, hejter musi widzieć swoje nazwisko, musi  z a i s t n i e ć. Za wszelką cenę chce się dowartościować. Być sławny. Zakłada więc swój "obiektywny" blog, na którym "obiektywnie" niszczy cel, za który mu płacą.

Zakłada też inne strony, bez żadnych zahamowań wykorzystując zdjęcia celu, montuje filmiki z wyrwanymi z kontekstu wypowiedziami ofiary, z których wynika np. że cel jest ćpunem/ćpunką. Oczywiście na to są już paragrafy Kodeksu Karnego, ale hejter ma przecież rękojmię zleceniodawców, że "pomożecie? pomożemy!", zresztą czy prokurator zajmie się taką błahostką?

Działalnością niejako poboczną, ale równie skuteczną, jest podjudzanie przez zakontraktowanego hejtera ataków hejterów, że tak powiem "spontanicznych", czyli grupy z natury przepełnione nienawiścią do każdego, kto coś osiągnął. I zawiścią, jeśli ta osoba pochodzi z danego środowiska. Dochodzi do tego, że literat, który "zasłynął" dawaniem czterech liter każdemu, kto mógłby pomóc mu w karierze "literackiej" atakuje ofiarę hejtu w taki sposób, że nawet wielbiciele owego literata uznają to za niesmaczne i żenujące. Lecz akurat w przypadku takich osobników nie dziwi nic.

Co ważne: hejtowana treść jest nieważna, nieważna jest wartość merytoryczna, czy społeczna książki. Hejtuje się każdą linijkę, przecinek i kropkę. Bez względu na to, czy jest się specjalistą w danej dziedzinie, czy nie, podważa się każde zdanie i akapit. A najulubieńszym słowem hejtera - w przypadku pisarza - jest słowo "grafoman". Czyli dokładnie to, kim jest hejter, a nie jego ofiara. Jeśli zaś chodzi o hejtera zawodowego, jego zadaniem jest totalne wyszydzanie nie tylko książki, akapitu, linijki, wyrazu, okładki, zdjęcia, ale i celu. Każda wypowiedź, każdy filmik, wpis, komentarz i działanie, choćby najszlachetniejsze, jest materiałem do "obróbki".

Zaczyna się efekt kuli śnieżnej. Jakaś absurdalna, powszechna nagonka na ofiarę "zawodowego hejtera". Może być albo czynna: ocenianie książki, która się jeszcze nie ukazała, zaniżanie jej ocen, wyrabiania ogólnej opinii wszędzie, gdzie możliwe, że ofiara to grafoman/grafomanka i "nie da się tego czytać"... albo bierna: osoby, które nawet cel lubią i czytają, i chętnie by na swoim blogu pisały o jego książkach dobrze, są natychmiast atakowane, z taką zajadłością, że - ze względu na własne zdrowie psychiczne - przestają o celu w ogóle pisać. Nadal kupują i czytają książki, ale się do tego nie przyznają.

Najniebezpieczniejszą formą, jaką obiera masowy hejt, jest atak fizyczny. Grupa hejterów skrzykuje się na spotkanie autorskie np. w księgarni, bo z biblioteki zostaliby wyproszeni, osaczają cel, unieruchomiony przy stoliku, przy którym podpisuje książki i zaczynają w sposób niewybredny atakować swoją ofiarę. Przy czym jedna z osób na wstępie informuje cel, że ma psychozę maniakalno-depresyjną, więc jest bezkarna i wolno jej wszystko. Oczywiście cel nigdy więcej nie zaryzykuje spotkania z psychopatą w miejscu publicznym, rezygnuje więc ze wszelkich spotkań autorskich. A jeżeli już na jakichś się pojawia, rzadko, to z ochroną. Bo nie wiadomo, co takiemu psychopacie przyjdzie następnym razem do głowy, czy jedynie zbluzga, czy obleje kwasem, czy dźgnie nożem na przykład...
W światek pisarsko-blogerski idzie przekaz, że cel nie spotyka się z Czytelnikami, bo nimi gardzi, bo biblioteki za mało płacą, bo odbiła mu woda sodowa... to co wymyślą, nie mają znaczenia. Nikt nie wie, że cel został po prostu zastraszony. Zaszczuty. Game over.

Zleceniodawcy są zadowoleni. To za co płacą zostało osiągnięte: ofiara znika ze sceny blogerskiej, księgarskiej, bibliotecznej i publicznej. Nadal ma setki tysięcy, jeśli nie miliony Czytelników, ale przestaje istnieć w świadomości społecznej, nawet jeśli jeszcze nie zaistniała. To zleceniodawcy wystarcza. Zawodowy hejter dorobił się następnych zleceniodawców, zarabia tysiące, jeśli nie dziesiątki tysięcy na szkalujących filmikach, szkoleniach "jak zarabiać na hejterstwie" etc i właściwie wszystko byłoby okej - nie licząc samopoczucia ofiary, która ciężko pracując na swoje dokonania, została w taki sposób, bezkarnie, odpłatnie zniszczona, gdyby nie jedno ale...

...wśród tych wszystkich oszołomów, hejtujących, bo lubią, bo muszą, bo przyjemność im sprawia niszczenie kogoś, trafia się ktoś - a jest to na przykład wspomniana wyżej osoba zaburzona psychicznie - która postanawia wykończyć cel fizycznie. W jej chorym umyśle roi się, że ten ktoś zniszczył jej życie. Najpierw zaczyna pisać listy z pogróżkami. Gdy cel nie odpowiada, pogróżki zaczynają dotyczyć nie tylko celu, ale też jego dzieci, z których jedno ma cztery latka. A że każdy bez trudu może się dowiedzieć, gdzie mieszkamy...

Teraz już wiecie, dlaczego uciekłam na koniec świata?

PS. Do zawodowego hejtera i zawodowego literata: możecie sobie nie wierzyć w boską sprawiedliwość, ale to nie znaczy, że ona was ominie. Na ludzkiej krzywdzie nie zbuduje się szczęścia, a srebrniki, które za to bierzecie, staną się waszym przekleństwem.

PS2. Do koleżanek i kolegów po piórze: to może spotkać każdego i każdą z was. Nie hejtujcie, żebyście nie byli hejtowani. Miejsca na księgarskich półkach wystarczy dla wszystkich, a hejtowanie konkurencji jest po prostu niegodne twórcy, który ma tworzyć, a nie niszczyć.

Jak się bronić przed bestiami, które lubią się znęcać, lubią zadawać komuś ból? Nie pokazywać, że boli. Nic tak nie wkurza hejterów-sadystów jak zupełny brak reakcji na ich działania. Polecam po pierwsze w ogóle nie wchodzić na żadne strony internetowe, poświęcone książkom, a z czasem w ogóle odstawić internet (ile czasu ma się nagle na pisanie, czy zabawę z dzieckiem!), lecz żeby nie stracić kontaktu z rzeczywistością - i z Czytelnikami - zatrudnić osoby, które chronią ofiarę przed atakami: moderują, blokują, usuwają, przyjmują korespondencję mailową i pocztową. Na hejtera zawodowego są również sposoby: zgłaszanie stron naruszających dobra osobiste fejsbukom, jutubom etc, jeśli jesteście bardziej zdeterminowani, macie do dyspozycji prokuraturę i sąd. Myślę, że w końcu trafi się ktoś, kto nie machnie ręką, jak ja, złoży pozew i "zawodowiec" zapłaci w końcu takie odszkodowanie, że ostudzi to zapały jemu podobnym do niszczenia ludziom życia. Bezkarność i bezczelność nie ma granic u kogoś pozbawionego wszelkich zasad, ale cierpliwość ludzka owszem.

PS3. Jak możecie się domyślać celem "zawodowego hejtera" stałam się ja. Zleceniodawców nie znam. "Zawodowy hejter" robi obecnie karierę, prowadząc szkolenia, jak niszczyć skutecznie. Chwali się ilością zleceń od kolejnych zleceniodawców, może przebierać w nich jak w ulęgałkach. Ja może stwarzam pozory osoby łagodnej i ustępliwej, ale to jedynie pozory. Mogłabym podać go do sądu, ale po co? Żeby zrobić z niego męczennika ściganego za "wolność słowa"? Tchórzem również nie jestem. Z osobami chorymi psychicznie miałam do czynienia i potrafię się przed nimi bronić, ale istnieje granica, której NIKOMU nie pozwolę przekroczyć: bezpieczeństwo mojego synka. W pewnym momencie, gdy sprawy zaszły za daleko, postanowiłam wyjechać. Według hejterów będzie, że uciekłam. Zgadza się. Uciekłam. Niech mają radochę. Myślę, że do Polski nie wrócę już nigdy, bo po prostu straciłam poczucie bezpieczeństwa we własnym domu.
Wysoką cenę zapłaciłam za to, że robię, to co kocham, za moją pasję, ale największą krzywdę, jaką mogłabym sama sobie wyrządzić, jest z pisarstwa zrezygnować. Przez hejterów.


----

Serdecznie dziękuję za Wasze dobre słowa i wsparcie, szczególnie teraz, gdy po opisaniu tego co mnie spotkało, wylewa się na mnie tony pomyj. Mogłabym wchodzić w dyskusje i polemiki, ale z ludźmi tego pokroju, których opisałam nie ma możliwości polemiki. Oni żyją z niszczenia, wyszydzania, zaszczuwania. Każdy ma prawo do swojej opinii, tak jak każdy ma prawo wyboru tego, co czyta. Ale normalny człowiek po pierwsze nie czyta tylko po to, żeby książkę i autora "zjechać", po drugie potrafi krytykować w kulturalny sposób. "Książka mi się nie podobała, za dużo w niej było... za mało... etc" - to jest krytyka. Natomiast gdy pod moim zdjęciem, bezprawnie użytym, publicznie ogłasza niejaka Anna Jaskowska Macura "Kuźwa, gdybym zobaczyła taką mordę w ciemnej uliczce, tobym się zesrała ze strachu!" - to jest hejt. Chyba nie potrzeba więcej żadnych komentarzy... Dno i dwa metry szamba.



czwartek, 4 maja 2017

"Czerwień Jarzębin" nr 1 w Matrasie i Empiku trzy tygodnie przed premierą!


 Jeżeli myślicie, że autor, który napisał ponad trzydzieści książek, z których każda bez wyjątku była na listach bestsellerów, a ostatnio każda docierała do pierwszych miejsc tych list śpi spokojnie i pisze ot tak sobie, pewien, że następna wejdzie na szczyt także, to jesteście w błędzie.

Okej, może inni pisarze i Literaci tak mają, że skoro raz "zaliczyli jedynkę", to następny raz zwisa im i powiewa, myślą, że tak już będzie zawsze, albo w ogóle poczytność ich książek w ogóle tych pisarzy, czy Literatów nie interesuje. Piszą dla siebie, dzieło to dzieło samo w sobie etc...

Ja należę nie do Literatów, a do rzemieślników. Pragnę, chcę i kocham, gdy moimi powieściami, moimi małymi dziełami rąk i umysłu zachwycają się Ci, dla których je tworzę: Czytelnicy. Dlatego zawsze z zapartym tchem śledzę listy bestsellerów i wspinaczkę moich "najmłodszych" po tychże. Jak kiedyś wspomniałam: napisać jedną książkę, która została dobrze przyjęta przez Czytelników, to jest osiągnięcie, napisać drugą i trzecią, noooo... to już coś, ale napisać trzydziestą którąś, która po raz trzydziesty któryś jest okrzyknięta przez Czytelników najlepszą w dorobku Tej Michalak, wierzcie mi, to NAPRAWDĘ duże COŚ. :)))

Tak, staram się sięgać coraz wyżej, nie spoczywać na laurach i pisać, byle coś tam wcisnąć Wydawcy i Czytelnikom, ale szukać nowych źródeł inspiracji, nowych gatunków, w których być może się odnajdę, a na pewno będą wymagały ode mnie dużo więcej wysiłku, niż "napisz Kasia coś w twoim stylu i będzie okej". Już jakiś czas temu wyszłam z szufladki "poczekajkowo-poziomkowo-sklepikowej", czego niektórzy zdają się nie zauważać. Tematy, które poruszam są coraz poważniejsze, coraz bardziej prawdziwe i wstrząsające i... podoba się Wam to! Mnie, gdy otrząsnę się po lekturze materiałów źródłowych i przeniesieniu tego na karty mojej powieści... okej, też się podoba, że dałam radę. Przeżyłam.

Teraz na przykład przeprowadzam eksperyment na żywym organizmie, czyli moim mózgu: piszę jednocześnie - to znaczy raz fragment jednej, raz fragment drugiej - dwóch powieści na raz. Są ZUPEŁNIE różne, i pod względem emocjonalnym i czaso-przestrzennym. Bardzo jestem ciekawa, jak długo zdołam tak mentalnie przeskakiwać z kontynentu na kontynent i z emocji na emocję. Dopóki daję radę, mam frajdę z "podwójnego"pisania i satysfakcję, bo tego jeszcze nie przerabiałam.

A na razie jestem przeogromnie szczęśliwa, że "Czerwień Jarzębin" wskoczyła na pierwsze miejsce dwóch największych księgarń. Ach! Tu mi się przypomniało... i zaraz odnajdę w zakamarkach internetu... jak kiedyś w pierwszej dwudziestce Empiku znalazło się pięć moich książek.
To dopiero było niesamowite.
Mój starszy syn jednym słowem określiłby, "co zrobiłam z systemem", ale że ja takiego słowa nie używam... :)))

Dziękuję, Czytelniczki i Czytelnicy! To dzięki Wam mam tyle radości w życiu!
:*


wtorek, 2 maja 2017

Wywiad dla ravelo.pl

Do portalu ravelo.pl zawsze miałam słabość. Lubię ich i oni chyba lubią mnie. Dlatego z przyjemnością przyjęłam zaproszenie do wywiadu. Myślę, że wyszedł ciekawie.
Zapraszam!

Wywiad z Katarzyną Michalak 

Pierwszy tom Leśnej Trylogii – Leśna Polana – napisany był pierwotnie w formie odcinków publikowanych na blogu. Skąd taki pomysł? Czy mogłaby Pani zdradzić, czym różni się praca nad powieścią w takim kształcie od pisania od razu dla wydawnictwa?

Och, ten pomysł chodził mi po głowie od dawna: nie wiem, dlaczego zawsze chciałam pisać powieść w odcinkach jak kiedyś bywało, jeszcze za czasów zaborów, drukowaną w periodykach, kiedy Czytelnicy wyczekiwali od odcinka do odcinka, co też się wydarzy. Nie udało mi się zainteresować żadnego z miesięczników tym pomysłem, więc po zgodzie Wydawcy, który przecież ma prawa do tekstu, zaczęłam publikować Leśną Polanę co dwa tygodnie na specjalnie stworzonej dla niej stronie. Ale nie pisałam „od odcinka do odcinka”, powieść powstawała szybciej, po prostu publikowałam kolejne rozdziały. Cieszę się, że pomysł się udał. Strona miała kilkadziesiąt tysięcy odsłon. Dziewczęta nie mogły doczekać się, co będzie dalej. Przyznam, że ja nie dałabym tak rady. Czekałabym na wydanie całej książki, albo jeszcze lepiej: całej serii.

Leśna polana to książka podobna do Bezdomnej czy Ogrodu Kamili – porusza wiele trudnych tematów. Ma Pani dużo odwagi, by w bezpośredni sposób mówić o sprawach pozostających w sferze tabu nawet dzisiaj. Czy według Pani literatura wciąż ma moc, by coś zmieniać w naszej rzeczywistości? Czy mówienie w niej o nich sprawia, że stajemy się w jakiś sposób lepsi?

Bezdomna, Nie oddam dzieci!, czy teraz Leśna Trylogia powstały… z gniewu. Pierwszą zaczęłam pisać, gdy w gazetach i TV brylowała matka Madzi, a w tym samym czasie – i jest to fakt, a nie fikcja literacka – młoda kobieta z powodu psychozy poporodowej uciekła z domu z maleńką córeczką i ta córeczka nie przeżyła. Kiedy wyobrażałam sobie tragedię tej dziewczyny i jednocześnie obserwowałam „szopkę” drugiej „matki”, która zabiła swoje dziecko, było we mnie tyle gniewu, wściekłości… że musiałam o tym napisać, powiedzieć, wykrzyczeć to. Z kolei Leśna Polana miała być pięknie zaczynającą się opowieścią o małym domku w lesie i utraconej, ale odzyskanej miłości. I również jakoś w tym samym czasie wpadła mi w ręce porażająca książka o ubeckim bestialstwie wobec więźniów X Pawilonu na Rakowieckiej. Ta książka… właściwie niepozorna i nie epatująca scenami okrucieństwa, po prostu spisana przez jednego z więźniów… złamała mnie. Niedowierzanie… bezsilność… i ponownie gniew, straszny gniew na Zło, do dziś bezkarne, śmiejące się swoim ofiarom w twarz zmusiły mnie, by znów wykrzyczeć, nie dać przyzwolenia, wywlec to Zło na światło dzienne, pokazać je. Czy literatura ma moc zmieniania rzeczywistości? Nie wiem. Jestem pisarką „przemilczaną”. Czytają mnie miliony kobiet, ale jest jakaś zmowa milczenia w mediach na mój temat. Dziwne, bo do czasów Leśnej Polany trzymałam się od polityki z daleka, a i ta książka jest apolityczna, bo Zło dobiera sobie poglądy, jakie mu w danej chwili pasują. Tak więc moja twórczość rzeczywistości nie zmieni, ale wiem, że potrafi zmienić życie moich Czytelniczek. Dostałam na to wiele dowodów, maili, listów, wpisów. A jeśli życie chociaż jednego człowieka dzięki mnie stało się lepsze, moja praca ma sens.

A może literatura służy bardziej oderwaniu się od świata? Jak mówi Gabriela w Leśnej Polanie o swoim pisaniu: „Uciekam do innych światów, innego życia”. Jest raczej ukojeniem niż postawieniem problemu. W Leśnej Trylogii takim wytchnieniem jest specjalne miejsce – tam wracają dobre wspomnienia, można do niego uciec od problemów. Czy Pani też ma takie wyjątkowe miejsce, za które warto zapłacić każdą cenę?

To jest drugi aspekt pisarstwa: ucieczka. Moja ucieczka w inne światy – bezpieczna, bo chociaż przeżywam razem z bohaterem zasadzkę w Iraku, to jednak ja mogę „wrócić” cała i zdrowa w miejsce, gdzie piszę – była to biblioteka, on zaś umiera. Lecz rzeczywiście, czytając – czy pisząc – możemy całkowicie oderwać się od naszej rzeczywistości i zatracić w tej innej. Jeśli lepszej i ciekawszej, super. Jeżeli zaś w tragicznej i wstrząsającej, przeżywamy katharsis, otrząsamy się po lekturze, patrzymy na otaczający nas świat i myślimy: dzięki Bogu, mnie to nie dotknęło. Bardzo wzruszały mnie listy od Czytelniczek po Nie oddam dzieci!, w których pisały, że pierwsze, co zrobiły po przeczytaniu książki i otarciu łez, to biegły przytulić, ucałować synka czy córeczkę i powiedzieć, jak bardzo je kochają.

Odrobinę nawiążę do poprzedniego pytania. Dla Pani bohaterek posiadanie własnego miejsca wydaje się często sprawą pierwszorzędną. Jak Pani myśli, czy jest jakiś wspólny powód, dla którego szukają one takiej małej stabilizacji, bezpiecznej przystani? Co może nam to o nich powiedzieć? Czy dla Pani również jest to ważne? Dlaczego?

Myślę, że w życiu człowieka nie ma nic cenniejszego od poczucia bezpieczeństwa. W jakimkolwiek aspekcie. Czy to finansowym, czy życiowym, rodzinnym… Wewnętrzny spokój, uczucie, że nic ani nikt nam nie zagraża, że wszystko jest dobrze, jesteśmy bezpieczne… Proszę mi wierzyć: po tym, co przeżyłam, jest to uczucie bardzo rzadkie, to dosłownie chwile, przebłyski szczęścia i spokoju, i bezcenne. Domek na polanie, skąpanej w słońcu, otoczony wiekowymi świerkami to oczywiście symbol, przenośnia, wyobrażenie takiej właśnie bezpiecznej przystani, bo tę przystań nosimy w sobie, mamy ją – albo jej nie mamy – w sercu. Ja nadal tej przystani szukam, nadal za nią tęsknię i może przez to moje książki wydają się na pierwszy rzut oka schematyczne, bo zawsze występuje ta nieosiągalna Arkadia, ale to moja wewnętrzna tęsknota, której daję wyraz w pisarstwie. Hej, mam chyba do tego prawo! /śmiech/

Innym istotnym elementem Leśnej Trylogii wydaje mi się przyjaźń Gabrieli, Majki i Julii. To bardzo ciekawa znajomość trzech zupełnie różnych postaci, które potrafią się pokłócić i na siebie nakrzyczeć, jednak wciąż pozostają dla siebie ważne. Czy mogłaby Pani więcej powiedzieć o swoim zapatrywaniu się na tzw. kobiecą przyjaźń? Według stereotypów nie jest ona możliwa – co Pani o tym sądzi? 

Ja jestem tak niestereotypowym człowiekiem, kobietą, matką i spotkałam się z tyloma stereotypami , które okazały się zupełnie nieprawdziwe, typu: „Australia jest gorąca, sucha i wszędzie są jadowite węże i pająki”, podczas gdy Australia potrafi być zimna, wietrzna, deszczowa, a pająka ani węża jeszcze nie widziałam, że doprawdy… nie wierzę już w żadne stereotypy. Przyjaźń to przyjaźń. I nie mówię tu o pustym, nadużywanym dziś słowie, tak jak drugie, równie nadużywane „kocham”. Kocham cię, kocham to, czy tamto. Przyjaźń to bardzo silna więź, powstająca czasem w najbardziej niecodziennych warunkach, która trwa mimo upływu lat. Mimo tego, że miesiącami się z przyjacielem nie widzisz, że nie czujesz potrzeby gadania z nim o codziennych drobiazgach przez telefon. Jeżeli jednak coś się dzieje, nawet nie coś, a COŚ, przyjaciel po prostu stanie przy tobie, zrobi wszystko, by ci pomóc. Tak jak ty zrobisz wszystko, by pomóc jemu. Takich przyjaciół – celowo nie piszę „przyjaciółek”, bo są to zarówno kobiety, jak i mężczyźni, żyjący zresztą w udanych związkach, którym ja nie zagrażam, mam kilku. Gdy oni potrzebują mojej pomocy – jestem. Gdy ja potrzebuję ich – są. Taka przyjaźń daje właśnie to poczucie bezpieczeństwa: NIE JESTEŚ SAMA.

Po lekturze kilku z Pani licznych książek muszę zapytać o Pani styl. Miałam wrażenie, że siedzę przy kominku, a ktoś opowiada mi historię – czy rzeczywiście znajduje Pani w pisaniu taką pasję opowiadania? 

Podobno można mnie słuchać godzinami – to jeśli chodzi o opowiadanie. Swego czasu jedna z moich przyjaciółek przyjeżdżała do mnie raz w tygodniu, z drugiego końca miasta, bez względu na pogodę, rozsiadała się w gościnnym fotelu z dobrą herbatą i domowym ciastem w dłoni, po czym rzucała hasło: „No, opowiadaj, Kasia, co też się przez ten tydzień wydarzyło”… a że moje życie jest jak film Hitchcocka, miałam o czym opowiadać. Ale tylko w zaprzyjaźnionym gronie. Absolutnie nie nadaję się na snucie opowieści przy większym audytorium. Trema jest nie do zniesienia. Lecz pasja opowiadania widać we mnie tkwi, skoro znajduję tak ogromną radość w pisaniu powieści. To naprawdę coś niesamowitego, gdy sama się zatracam w losach bohaterów, staję się nimi, przeżywam ich radości i smutki, a moje kochane wierne Czytelniczki chcą o tym czytać.

Już niedługo premiera drugiej części Leśnej Trylogii – Czerwień Jarzębin. Jeśli miałaby Pani opisać tę powieść jednym słowem – czy to dotyczącym fabuły, czy jej atmosfery, a może uczuć towarzyszących przy jej powstawaniu  – jakie byłoby to słowo? Pierwsze, które przychodzi Pani na myśl?
 
Wstrząsająca. Uważałam, że „Leśna Polana” jest jedną z najtrudniejszych powieści w mojej twórczości, lecz „Czerwień Jarzębin”… ją pisałam z jeszcze bardziej złamanym sercem. W niej nie ma chwili wytchnienia. Arkadia, w której można się schronić, po prostu rozsypuje się w pył. Nie ma bezpiecznego miejsca, Zło zdaje się wszechogarniające…W pewnym momencie po prostu nie mogłam jej dalej pisać, bo wiedziałam, jaki będzie koniec. Dużo… naprawdę dużo czasu minęło, nim wróciłam do tej powieści, by skończyć ją w jeszcze bardziej dramatycznym momencie, niż ją zaczęłam. Dziewczyny znów zostaną wystawione na próbę cierpliwości, bo premiera trzeciego tomu dopiero w sierpniu, ale mam nadzieję, że cała trylogia skończy się tak jak powinna: Dobro wygra, Zło przegra. Chociaż… znając mnie… i nieobliczalność moich bohaterów, można się spodziewać wszystkiego.

Uprzejmie dziękujemy za udzielone odpowiedzi. Życzymy Pani dalszych sukcesów i serdecznie pozdrawiamy.

Dziękuję za bardzo ciekawe pytania i również pozdrawiam serdecznie.

Redakcja „Czytam Polskie”

niedziela, 30 kwietnia 2017

Jak powstaje książka, czyli walcz albo giń.


Myślę, że ten wpis zainteresuje wszystkich, którzy pytają w wywiadach, komentarzach, czy mailach, skąd czerpię inspirację do moich powieści, jak wygląda proces twórczy, czy mam jakieś rytuały podczas pisania etc.

Opiszę to właśnie dziś, na podstawie książki, która jeszcze... nie powstała.

Na początku było zdjęcie. Jedno z miliona zdjęć, które przeglądałam w poszukiwaniu okładki do którejś z moich powieści. Zwykle wrzucam w wyszukiwarkę banku zdjęć hasła-klucze: "kobieta", "kwiaty", potem przeglądam strona po stronie od pierwszej do 300, w poszukiwaniu czegoś, czego jeszcze nie widziałam i czego nie mam w swoim banku zdjęć.

Nie wiem, co wpisałam tym razem, że "wyskoczyło" mi to zdjęcie. Profil mężczyzny i "wrysowany" w ten profil zimowy, czarno-biały krajobraz. Chata, las... Nie. To na pewno nie było "kobieta", "kwiaty". Ale zdjęcie zapisałam. Po kilu godzinach przeglądania zasobów internetu wróciłam do tej fotki i... od razu przyszedł mi do głowy tytuł: "Walcz albo giń". Otworzyłam fotoszopa, czcionka i kolor czcionki też przyszły natychmiast. Okładka była gotowa.
Czy miewałam takie przypadki, że zobaczyłam zdjęcie i miałam gotową oprawę? Tak, parę razy owszem. "Amelia" też powstała zainspirowana zdjęciem czarnookiej dziewczyny.
Ale tym razem było to coś więcej niż tylko projekt okładki.
Ta książka zaczęła za mną chodzić...

Ilekroć otwierałam plan wydawniczy, w który wpisałam tę książkę, widziałam profil mężczyzny wpisany w surowy zimowy krajobraz, widziałam krwawe litery tytułu, imienia i nazwiska i zastanawiałam się: za co cię postrzelili, przed kim uciekasz i dlaczego kobieta, którą znalazłeś, albo która znalazła ciebie, chciała się zabić - bo taki zarys akcji, pierwszych kilku stron, których jeszcze nie ma, od razu miałam w głowie, gdy tylko zobaczyłam na ekranie komputera gotową okładkę. "Walcz albo giń".

Widziałam głównego bohatera - który pozostaje nadal bezimienny - gdy związanego prowadzą na miejsce egzekucji. Ale kto? Za co? On jest "dobry" czy "zły"? Widziałam nadal bezimienną główną bohaterkę, jak parę kilometrów dalej po raz ostatni spogląda w ciemne, chmurne niebo. Za chwilę dokona czegoś nieodwracalnego, szarpnie się na własne życie. Właśnie się z nim żegna. Ze światem, który kocha, też. Z ludźmi, którzy ją do tego czynu pchnęli, nie. Za jakiś czas oboje się spotkają. Ale jakim cudem...?

I tu wizja się kończyła. Opowieść "dała mi spokój". Jest przecież czwarta w kolejce do napisania. Przed nią trzeci tom "Leśnej trylogii", świąteczna niespodzianka i "Pensja Pani Mew", o której pisałam niedawno na fanpejdżu.

Wróciła - ta wizja - gdy wyszłam z domu, żeby zrobić zakupy w "Złotych Tarasach" w Warszawie, po drodze okazało się, że osoba, z którą od dawna chciałam się spotkać akurat przyleciała do Europy, ma chwilę czasu i możemy pogadać, ale nie da rady przylecieć do Polski, ja więc bez większego namysłu przesiadłam się z Kolei Mazowieckich do samolotu i parę godzin później zamiast w "Złotych Tarasach" wylądowałam w... Zurychu.

Rozmowa dotyczyła zupełnie czego innego, na pewno nie książki, której jeszcze nie ma, ale... już po pożegnaniu się z tą osobą, gdy szłam sobie przepiękną promenadą wzdłuż rzeki płynącej przez Zurych (zastanawiając się, co ja tu do diabła robię, zamiast pakować się przed wylotem do Australii?!), usiadłam sobie w pięknym zakątku i... powróciła do mnie tamta historia. Już wiedziałam, co zrobił bohater "Walcz albo giń" i za co musi zginąć. Gdy po powrocie do domu, cała happy, że nie tylko zobaczyłam śliczny jak z obrazka Zurych, ale i wiem, co będzie dalej, streściłam tę historię starszemu synowi, ten popatrzył na mnie i rzekł krótko: "Prosisz się o kłopoty, mamo".
"Ej, dziecko, przecież to będzie fikcja literacka! Nie mam żadnych znajomości, czy kontaktów z ludźmi tego typu i to od razu zaznaczę w przedmowie!". Powtórzył: "Prosisz się o kłopoty".
Cóż... "Miasto Walecznych" zostało zlinczowane już na etapie okładki. Nikt nie ma pojęcia, jaka będzie treść, a już tę książkę usiłują zrównać z ziemią i mnie przy okazji. Czy więc będę bardziej niszczona po "Walcz albo giń", czy mniej, nie ma to doprawdy różnicy.
Ale to jeszcze nie był ten moment. Jeszcze nie połączyłam wątku bohatera - o którym już wiedziałam coś więcej, z bohaterką, bo co będę myślała o powieści, która ma się ukazać za rok?

Odpuściłam więc tej powieści, ale ona nie odpuściła mi. Nagle dzisiaj, odkurzając mieszkanko w dalekiej Australii - pstryk! - zaskoczyło. Wszystkie główne klocki układanki wskoczyły na swoje miejsca. Teraz wystarczy złożyć je w całość, czyli napisać książkę. Nim dokończyłam odkurzanie mojego naprawdę niewielkiego mieszkanka, znałam już całą historię. Wiem, kto, jak, za co i dlaczego. Wiem, jak się zacznie i jak się skończy.

I wiem jeszcze jedno, co Was ucieszy: ta książka zmienia miejsce w moich planach, ukaże się szybciej. Ta książka będzie bardzo ważna. "Pani Mew" może poczekać. Na jej miejsce wejdzie powieść o dwojgu zagubionych, skrzywdzonych ludziach, którzy tylko dlatego, że robią to, do czego zostali stworzeni, co jest ich pasją, co kochają, zostaną skazani na śmierć. I albo będą walczyć, albo zginą.

Powiem Wam jedno: takiej książki w moim wykonaniu jeszcze nie czytałyście. A wizytę smutnych panów w czarnych garniturach mam jak w banku...

sobota, 22 kwietnia 2017

"Czerwień Jarzębin" w przedsprzedaży!


Nareszcie na głównych portalach tak oczekiwany przez Was (i przeze mnie) drugi to leśnej trylogii "Czerwień Jarzębin" pojawił się w przedsprzedaży.
Najwcześniej będzie go można kupić na Warszawskich Targach Książki - już 19 maja, na stoisku SIW Znak. W księgarniach pojawi się 24 maja, ale książki zamawiane w przedsprzedaży są zwykle dostarczane wcześniej.

Kupować więc można "Jarzębinki" tutaj:
ravelo.pl
empik.com
znak.com.pl

Jeszcze jedna ważna wiadomość, do Recenzentek książka będzie wysyłana "jeszcze ciepła" niemal wprost z drukarni w przeddzień Targowej prapremiery. Powinnyście ją otrzymać w okolicach 20 maja, ale wiecie jak to jest z pocztą (nie tylko polską)... Przypomnijcie się tylko, bardzo proszę, Wydawcy (Anna Steć stec@znak.com.pl), by Was nie pominął!

Jeszcze jedno: dziewczyny, które do tej pory nie dostały kartek, a brały udział w II edycji Wielkiej Akcji Kartkowej - wyślijcie swoje namiary do p. Ani ze Znaku stec@znak.com.pl (te z Was, które pisały do mnie z zagranicy - z Kanady, Irlandii, Włoch, również!). Na tyle setek, ile zostało wysłane, niektóre mogły zaginąć i nie wiem, czy Znak wysyłał je za granicę. Jeśli nie, to ja osobiście wyślę.
Howgh!!

piątek, 21 kwietnia 2017

I tak oto...

... wykrystalizował się plan na najbliższy rok.
Jedna książka nadal pozostaje niespodzianką, bo tak. :) W wolne miejsce po tytule, który w przyczyn ode mnie niezależnych wypadł z planu (chociaż trochę mi go szkoda, ciekawe byłoby to doświadczenie), "wskoczyła" wyśniona wczoraj "Pensja Pani Mew" i plan byłby właściwie kompletny, gdyby nie wypadła z niego również opowieść o Australii, ale nie wiem jeszcze, czy chcę pisać coś tak osobistego, autobiograficznego, jak moje życie i przeżycia stąd.
Brakuje w tym planie dwóch wznowień: serii owocowej, która ukaże się na Dzień Matki w wybranych księgarniach (w całej Polsce w połowie czerwca) i serii z kokardką, której nowe wydanie również jest przygotowywane do druku. Wydawca planuje ją na lipiec albo wrzesień.

Ja wracam do pisania "Błękitnych Snów", które zakończą leśną trylogię. W międzyczasie przygotuję okładki do Sklepików, wymyślę parę innych książek, jakby prawie dwadzieścia zapisanych w pliku "Pomysły na przyszłość" było mało, a Wam życzę wreszcie trochę ciepła i słońca. Nie tylko za oknem, ale przede wszystkim w sercach.

piątek, 14 kwietnia 2017

A na Święta piękne zakończenie II Akcji Kartkowej

W Polsce czekała na mnie paczka z kartkami od Was. Czytałam piękne życzenia świąteczne (dodam, że Bożonarodzeniowe, bo przecież II Akcja zaczęła się w grudniu), zebrałam wszystkie dołączone do listów i kartek opłatki, zrobiłam zdjęcia i oto je przedstawiam.

Wszystkim Wam serdecznie dziękuję, za listy, życzenia, prezenty, niektórym z Was podziękuję w sposób szczególny, bo też ich udział w Akcji był szczególny. Najbardziej wzruszyła mnie Marta, przysyłając piękny prezent i Monika, pisząc do mnie nie tyle list, co... zeszyt, bo stwierdziła, że na jednej kartce to co chce napisać się nie zmieści. Niesamowite jesteście.

Raz jeszcze dziękuję. Na zdjęciach wszystkie kartki z tej edycji.

PS. Sorry, że piszę trochę niezbornie, ale jestem po 36-godzinnej podróży i jestem "nieco" wyczerpana. Mój mózg przestał pracować gdzieś w okolicach Singapuru...


sobota, 8 kwietnia 2017

Odliczanie do premiery, mapka 100 księgarń i "Leśna Polana" z autografem


Tak, to już niedługo.
"Czerwień Jarzębin" i seria owocowa pojawią się w księgarniach.
Najszybciej będzie można je kupić na Warszawskich Targach Książki na stanowisku wydawnictwa Znak.

Już teraz możecie zamawiać je w przedsprzedaży tutaj: Ravelo albo tutaj: Znak
Zwykle przysyłane są parę dni przed oficjalną premierą.

Co bardzo ciekawe, w 100 wybranych księgarniach pojawią się od 24 maja książki trylogii owocowej w nowych ślicznych okładkach. Zrobiłam zdjęcie!


 Mapkę księgarni załączam, link do nich tutaj: https://www.google.com/maps/d/viewer?mid=1HwMJ0sEEzadIvc0dEixcOr9gTM8


Na koniec najciekawsza informacja: w tych właśnie 100 wybranych księgarniach od 24 maja będzie dostępna "Leśna Polana" z autografem!
A wszystko to na Dzień Matki... :))

piątek, 31 marca 2017

Wreszcie!!! E.K.R.A.N.I.Z.A.C.J.A!!! I jeszcze parę dobrych wiadomości... :))


Doczekałam się!! Prawa do adaptacji filmowej jednej z najpiękniejszych moich książek "W imię miłości" zostały kupione przez bardzo fajne studio producenckie, które ma na koncie filmy, które mi bardzo się podobały (reszta pozostanie tajemnicą służbową). Dodam, że między innymi w celu sfinalizowania umowy na ekranizację przyjechałam do Polski na te dwa tygodnie.

Ale to jeszcze nie koniec dobrych wiadomości! W przyszłym tygodniu będę rozmawiała z innym producentem o ekranizacji jeszcze jednej powieści.

I to nadal nie koniec tygodnia dobrych wiadomości. :)) Podpisałam umowę na cztery kolejne tytuły - na listopad 2017, luty 2018, kwiecień 2018 i czerwiec 2018. Dwa z nich mogę Wam zdradzić, dwa pozostałe to jeszcze niespodzianka. Tak więc pobyt w Polsce okazał się tak wspaniale owocny, jak miałam nadzieję, że się okaże. Moja druga przystań, ta australijska, została przez cyklon Debbie oszczędzona. I jak tu nie być szczęśliwą? :)))

Ach, oto dwa tytuły, które mogę Wam zdradzić:


Teraz bardzo dużo będzie się dobrego działo w związku z premierą "Czerwieni Jarzębin", serii owocowej w nowych, ślicznych okładkach (już mam! niedługo pokażę! jestem z nich dumna!), tak więc śledźcie blog i fanpejdż, bo naprawdę mam same dobre wiadomości. O ile mogą być jeszcze lepsze od tej dzisiejszej.

sobota, 18 marca 2017

Top 10 które zmieniło moje życie...

Czasami pada pytanie, co czytam, czy co czytałam. Prawidłowa odpowiedź brzmi: wszystko. Czytałam wszystko, co wpadło mi w ręce i było ciekawe, ale są książki i teksty, które wpłynęły na moje życie. Zmieniły je. Sprawiły, że jestem tym, kim jestem. Oto one (w przypadkowej kolejności):

 

S. King "Jak pisać" - nauczył mnie... jak pisać właśnie. Dzięki tej książce zaczęłam patrzeć na swoje teksty zupełnie inaczej. Nauczyłam się kreślić i wykreślać. Bolało! ;)

J. Clavell "Król Szczurów" (i wszystkie jego powieści) - odkryłam piękny literacki język, zachwyciłam się nim. Nigdy przedtem ani potem nie delektowałam się tak żadną książką, jak właśnie "Królem Szczurów".

L.M.Mongtomery "Ania z Zielonego Wzgórza" - to chyba pierwsza książka (cykl), w której się zatraciłam. Byłam jak Ania, mówiłam jak Ania, ubierałam się jak Ania (szyjąc własnoręcznie sukienki z bufkami) :)

A. Kamiński "Zośka i Parasol" - te książki zawładnęły mną do tego stopnia, że kiedy moje kumpelki biegały na pierwsze randki, ja dziergałam powstańcze opaski. Zostały te powieści we mnie do dzisiaj, nauczyły, czym jest honor, odwaga i poświęcenie. I utwierdziły w przekonaniu, że na przekór wszystkim i wszystkiemu "Miasto Walecznych" muszę napisać do końca i wydać. Howgh!

Z. Herbert "Przesłanie Pana Cogito" - wiersz, który zapadł mi w serce, umysł i duszę. Poruszył do głębi. Wstrząsnął. Ostatni zaś wers: "Bądź wierny, idź" stał się moim życiowym mottem.

C.R. Zafón "Cień wiatru" - spowodował, że będąc już pisarką odkryłam mój Mount Everest. Napisanie takiej książki jest największym wyzwaniem mojego życia, a Zafón - moim Mistrzem.

S. Krupa "X Pawilon" - wiele czytałam książek biograficznych, wstrząsających, przerażających... "Pięć lat kacetu"... "Archipelag Gułag"... to tylko niektóre z nich. Jednak "X Pawilon", krótka, niepozorna książeczka, nie epatująca brutalnością po prostu... coś we mnie złamała. Do tego stopnia, że musiałam napisać "Leśną Trylogię".

Wy-Już-Wiecie-Kto "Poczekajka" - moja "pierworodna" sprawiła, że spełniło się marzenie mojego życia i zostałam pisarką. Po niej napisałam już ponad 30 powieści, ale "Poczekajeczka" ma specjalne miejsce w moim sercu (no, obok Kronik Ferrinu ;).

A. Christie "Autobiografia" - najlepsza i najciekawsza biografia, jaką czytałam. Dlaczego zmieniła moje życie? Bo czytając ją myślałam: "Łał, ja też tak chcę!!!".

M. Mitchell "Przeminęło z wiatrem" - pokochałam od pierwszej strony i nie przestałam kochać aż do ostatniej. To jedyny znany mi fenomen, gdzie ekranizacja dorównuje powieści, a powieść ekranizacji. Rhett jest pierwowzorem wielu moich bohaterów, zaś Scarlett... cóż to moja druga ciemniejsza strona. Nota bene czytałam biografię Vivien Light - bardzo smutna historia niezwykłej kobiety...

Teraz Wy możecie podzielić się ze mną Waszym top 10. :)

niedziela, 12 marca 2017

Twoja Topka - ankieta

Dziewięć lat temu przygotowywałam z Wydawcą do druku moją pierwszą książkę "Poczekajkę". Marzyłam tylko o tym, by się spodobała Czytelniczkom. Gdyby mi ktoś powiedział, że dziewięć lat później będę przygotowywała do druku trzydziestą trzecią książkę, a w roku 2015 zostanę najpoczytniejszą pisarką w Polsce, uwierzyłabym? Nie. Owszem, moja wyobraźnia jest nieokiełznana, ale nawet ona ma jakieś tam granice. :D
A jednak....

Dziś w kolejnej ankiecie możecie wybierać Waszą Topkę nie spośród dziesięciu książek, czy dwudziestu, a trzydziestu! (Książek kucharskich nie dołączyłam).
Bardzo proszę o liczny udział! Takie ankiety są dla mnie ważne i mam je chyba wszystkie, jakie do tej pory były na blogu.

Tu jeszcze dla przypomnienia ściągawka (jakie książki wydałam i w jakiej kolejności czytać: http://katarzynamichalak.blogspot.com.au/p/aktualnosci.html

oraz informacje o Kolekcji moich książek:  http://katarzynamichalak.blogspot.com.au/2015/04/wszystko-co-chcecie-wiedziec-o-kolekcji.html


niedziela, 5 marca 2017

II tom leśnej trylogii skończony!

Długo czekałyście na tę wiadomość, ja też długo czekałam, aż "Czerwień Jarzębin" zacznie się pisać, a gdy już zaczęła... po prostu jej nie przeszkadzałam.
I tak oto wczoraj nad ranem, dokładnie o godz. 4:43 napisałam ostatnie słowa drugiego tomu leśnej trylogii. Dodam, że było to ukoronowanie czterodniowego, czy raczej czteronocnego maratonu pisarskiego: mniej więcej od 22 do 5-6 nad ranem przez cztery noce... Trochę było to hardcorowe, bo w dzień musiałam też jakoś egzystować, chociażby odprowadzać dziecko do szkoły i z nim wracać, ale dałam radę.
Teraz czekam na info od Wydawcy, kiedy będzie premiera.
Dam znać, gdy tylko poznam datę.

Co mogę powiedzieć o samej książce? Wyjdziecie z niej wstrząśnięte. Nie wiem, czy w jakiejkolwiek poprzedniej zafundowałam sobie i Wam taki rollercoaster emocji... Chyba nawet Leśna Polana była spokojniejsza. A zakończenie... myślę, że w końcu zrobicie zrzutkę na płatnego zabójcę. ;)

Tak więc zmęczona, ale szczęśliwa zabieram się za redakcję tekstu i już myślę o ostatnim tomie...

sobota, 18 lutego 2017

Plan wydawniczy na lata 2017 - ...

Życie nauczyło mnie nie robić planów na przyszłość dalszą niż najbliższy tydzień, ale mam tyyyle pomysłów na nowe książki, że postanowiłam jakoś sobie to wszystko poukładać. Chociażby po to, by wiedzieć kiedy dokąd i po co mam wybywać. :)))

Niektóre z tych tytułów są okryte tajemnicą, ale wierzcie mi: BĘDZIECIE NA NIE BARDZO CZEKAĆ, gdy będę już mogła je przedstawić. :) Teraz są przygotowane informacyjnie dla Wydawców.

W ogóle moja kreatywność, wyobraźnia, umysł, zapał, chęci, niespożyta energia i co tylko chcecie tak się w Australii rozwinęły, że mam pomysły nie tylko na książki! Jak znajduję czas, by to wszystko ogarniać, załatwiać, prowadzić wielogodzinne rozmowy z Polską i ludźmi, którzy moje plany pomogą realizować? Nie mam pojęcia.
Dzisiaj poczułam się wreszcie zmęczona, ale też ostatnią rozmowę skończyłam gdzieś tak o 4 rano, więc mam prawo lekko opaść z sił. Zapominam czasem, że normalni ludzie miewają wakacje, weekendy, święta. Ja już nie pamiętam, kiedy ostatnio wyjechałam bez laptopa (z wordem i photoshopem) i telefonu...

Nacieszcie więc oczy okładeczkami.
Zgadnijcie, co się kryje pod "Niespodziankami", a przede wszystkim o czym będzie "Walcz, albo giń".
Domyślacie się? ;)

PS. Kolejność może się zmienić. "Miasto Walecznych" może doczeka się szybszej premiery? Wiem, że wiele z Was czeka na tę powieść najbardziej, ja też!, więc wszystko możliwe...

czwartek, 16 lutego 2017

I znów jestem autorką międzynarodową! :))

Wczoraj dostałam wspaniałą informację: "Bezdomna" została zakupiona przez najlepsze i największe wydawnictwo wietnamskie. Właśnie jest w trakcie tłumaczenia. I - uwaga! - mam nadzieję, że tym razem wyjdzie z odpowiednią okładką. (Przynajmniej prosiłam o zapis w umowie, że ową okładkę muszę zaakceptować).

Oto więc wszystkie moje książki, wydane do tej pory za granicą: w Rosji, w Wietnamie i na Ukrainie:

Lato w Jagódce (Rosja)

 "Bezdomna" (Wietnam)
 "Rok w Poziomce" (Rosja)
 "Bezdomna" (Rosja i Ukraina)
 "Nadzieja" (Wietnam)
Ciekawe, co będzie dalej? :))

niedziela, 12 lutego 2017

IV tom Serii Kwiatowej, czyli...

..."Zakątek Anieli".

Powiem Wam - czy chcecie w to wierzyć, czy nie - ale jeszcze nie postawiłam ostatniej kropki w "Przystani Julii", a już wiedziałam, co by się działo, gdybym zdecydowała się na ciąg dalszy.
Pomysł musiał trochę odleżeć, bo czasem muszę odpocząć od bohaterów i wydarzeń w danym cyklu, ale postanowiłam zaraz po ukończeniu Leśnej Trylogii powrócić do willi Sasanka na uliczce Leśnych Dzwonków.
Chciałabym by była to spokojna, nostalgiczna opowieść, jednak znając mnie nie będzie. :)
Zacznie się smutno, nawet bardzo smutno (już trzy lata temu wiedziałam jak), lecz mam nadzieję i będę się starała ze wszystkich sił, by zakończyła się szczęśliwie.
Przyznam, że cieszę się na ten powrót.
Lubiłam to miejsce, lubiłam bohaterów.

Żałuję jedynie, że zaprojektowana przeze mnie okładka - a była jedną z propozycji do "Ogrodu Kamili" - jest podobna do innej okładki tego samego Wydawcy (uczciwie dodam, że zapytano mnie najpierw, czy nie będę miała nic przeciwko temu - wtedy nie miałam, teraz trochę szkoda, bo chciałam mieć to zdjęcie właśnie w serii kwiatowej). Dziewczyny na fanpejdżu od razu to rzecz jasna wyłapały! :)
Wprawdzie nie pomyliłybyście mojej książki z żadną inną, przynajmniej te z Was, które znają moją twórczość lepiej ode mnie, ale żeby uniknąć zarzutów, że "Michalak nie ma pomysłów na okładki i powiela inne" (choćby nawet te inne powstały później niż moje, ale nie będę tego każdemu tłumaczyć, no nie?) przysiadłam i popracowałam nad nowym "Zakątkiem Anieli".
I suma summarum bardzo się cieszę z tej sytuacji, bo drugi projekt podoba mi się bardziej niż ten pierwszy.

A Wam?
To był poprzedni projekt:

A kiedy "Zakątek" się ukaże?
Jeżeli wszystko uda mi się tak, jak to zaplanowałam, wczesną jesienią. Najpierw ukaże się oczekiwana "Czerwień Jarzębin", potem "Błękitne Sny", czyli ostatni tom leśnej trylogii i zajmę się właśnie "Zakątkiem Anieli".




poniedziałek, 6 lutego 2017

Powrót do przeszłości, czyli ciąg dalszy nastąpi?

Siedząc tutaj, na obczyźnie, tęskni się. Do Polski, do przyjaciół i rodziny, do domu zwanego Jagódką, nawet do zimy (choć dla mnie, osoby wybitnie ciepłolubnej zima to rozpacz w kratkę, ale przecież taka swojska!).
I z tej tęsknoty przychodzą człowiekowi, a szczególnie człowiekowi, który jest pisarką, różne pomysły. Na przykład powrót do swojskich klimatów.
Wczoraj postanowiłam wstrzymać się z rozpoczęciem nowego cyklu (chociaż pomysł, pierwsze rozdziały i nawet okładka już jest), za to dopisać ciąg dalszy do którejś z serii.

I oto dwa pytania do Was, kochane Czytelniczki:
1. Kontynuację której serii przeczytałybyście najchętniej?
2. Do którego cyklu ja wróciłabym najchętniej?
Plany na najbliższe miesiące są więc takie: dokończyć Trylogię Leśną i dopisać następny tom do...

Tutaj jest ściągawka:  Moje książki

niedziela, 5 lutego 2017

Kochamy słodkości, czyli baardzo prosty przepis wprost z Au

Australijczycy nie są mistrzami kuchni. Nie mają wybitnie australijskich dań czy wypieków. Niemal wszystko zapożyczone z Indii, Chin, Tajlandii, kuchni brytyjskiej, trochę z włoskiej. Może jedynie barbi im dobrze wychodzi, przy czym ta urocza nazwa nie pochodzi od lalki a od barbecue. :)
O tak, BBQ to ich sport narodowy. W supermarketach wiszą na przykład całe owce - to znaczy tusze owcze, oskórowane, bez głów, nóg i wnętrzności (trochę makabryczny widok), na półkach piętrzą się zestawy przypraw, gotowe sosy, w chłodniach pocięte na kawałki mięsa albo gotowe do wrzucenia na ruszt, obtoczone w przyprawach kawałki kurczaka.
Dodam - uwaga! - że w parkach i przy nadmorskiej promenadzie co kilkadziesiąt metrów znajdują się hmm... jak to nazwać... stanowiska do BBQ: stoły z ławami i kuchnie na gaz, podgrzewające duże płyty. Za darmo. Co 15 minut gaz się wyłącza i musisz nacisnąć guzik by włączyć go powtórnie. Sprytne, prawda? Nie ma dzięki temu zagrożenia, że ktoś zapomni przekręcić kurek i spłonie pół Australii. Nie muszę mówić, że po skończonej uczcie - a w weekendy wszystkie kuchnie są okupowane przez całe rodziny i grupy znajomych - płyty są wyczyszczone do połysku. Za to też kocham tubylców, za czystość i zdyscyplinowanie.

Natomiast gotując dla Patika, uwielbiam Australijczyków za... lenistwo. Uważajcie: macie ochotę poczęstować gości domową pizzą? Nic prostszego, włączacie piekarnik i w czasie gdy się nagrzewa wyskakujecie do pobliskiego marketu. Tu kupicie gotowe, świeże, właśnie rosnące ciasto na pizzę, sosy do wyboru do koloru, pocięte na małe kawałki wędliny: boczek, kurczaka z grilla, szynkę albo pieczoną wołowinę, starty ser żółty w kilku smakach, pocięte na plasterki pieczarki. Jedyne co musicie pociąć osobiście to papryka, cebula i pomidory. Tego w plasterkach nie widziałam.
Przynosicie więc z marketu gotową pizzę w kawałkach. W pięć sekund składacie ją w całość, do piekarnika i za pół godziny częstujecie gości "domową" pizzą.
Moim odkryciem są filetowane podudzia kurczaka. To genialne! Kupuję kilogram najlepszego mięsa bez kości, przepyszne marchewki, pietruszkę, pora, selera naciowego (bo innego nie znają :) i mam wspaniały rosół.

Ale dzisiaj chciałam się z Wami podzielić czymś, co odkryłam właśnie tutaj, w Australii. Jest to przepyszne i tak banalnie proste do zrobienia, że... powinnam się pochwalić czymś bardziej skomplikowanym, ale po co? :)))
To piankowe skały, czy jak to się tam tłumaczy.
Podaję przepis nie z Queensland, gdzie jestem, a z Adelaidy, gdzie byłam. Dlaczego? Bo Australia wbrew pozorom ("Ot, taka wyspa") jest ogromna. To nie wyspa, to kontynent wielkości Europy. I każdy stan ma swój koloryt, swój klimat oraz swoje specjały.
O tym opowiem kiedy indziej, dzisiaj przepis na coś naprawdę pysznego.

Bierzemy tabliczki czekolady - najczęściej jest to gorzka, ale myślę, że dobrze się sprawdzi mleczna albo deserowa. Na każdą tabliczkę łyżeczkę masła. Roztapiamy, mieszamy. Oczywiście przepis mówi, że roztapiamy w kąpieli wodnej, czyli garnek z wrzątkiem w nim drugi garnek z czekoladą. Ale na własne oczy widziałam, jak moja kumpelka wrzuca po prostu czekoladę do mikrofalówki, po wyjęciu dodaje masło. I już.
Mamy więc roztopioną czekoladę. Czekamy aż trochę wystygnie.
Dorzucamy różnokolorowe pianki. Niewielkie. Mniej więcej wielkości paznokcia. Wtedy są najlepsze. Chociaż w QLD nie patyczkują się i robią ten przysmak z pianek normalnej wielkości.
Na czekoladzie i piankach część przepisu się kończy (włóż do lodówki aż zastygną i gotowe), ale ja pokochałam ten słodki drobiazg za dodanie do czekolady i pianek solonych prażonych orzechów ziemnych i suszonej żurawiny. Orzechy i sól przełamują słodycz, a żurawina dodaje kwaskowatego smaku.
Proste i pyszne!
(Biegnę po czekoladę, pianki, orzechy i żurawinę... ;))

niedziela, 29 stycznia 2017

Kochamy podróże czyli mojej wielkiej australijskiej przygody c.d.

Przyszło mi do głowy - wraz ze zmianą wystroju strony - żeby rozpocząć cykl krótkich felietonów na zadany temat. Jeśli "Kochamy podróże" to o moich przygodach w podróży. Jeśli "Kochamy książki" to o tym, co ostatnio czytałam i mnie zachwyciło.

Cykl otwieram felietonem o Australii...

Stoję sobie na brzegu oceanu (który ma temperaturę ok. 33 stopni i przypomina letnią zupę), jest piękny, gorący, spokojny wieczór. Promenada pełna ludzi, placyki zabaw pełne dzieci. My, tak jak tubylcy, wychodzimy na zewnątrz dopiero po zmierzchu, bo za dnia nie ma mowy, żeby wytrzymać dłużej niż godzinę. Chyba że w wodzie. W ubraniu, bo nagą skórę słońce momentalnie spali. My chociaż nie używamy kremów z filtrem, nie nosimy bluzek z długimi rękawami ani kapeluszy, jeszcze poparzeniu nie ulegliśmy. Trzymamy się cienia.

Ale wracając do oceanu: stoję sobie na brzegu i patrzę na fale, uderzające wściekle o złoty piasek. Plaża jest strzeżona i jasno oświetlona. Można pływać przez całą noc. Oczywiście w części ogrodzonej siatką. I nie dlatego ogrodzona, że boją się tutaj rekinów, oni się boją meduz zwanych osami morskimi. Najbardziej jadowitych na świecie.
Wzdłuż całej plaży są więc rozstawione tablice ostrzegawcze.


Oczywiście możesz się kąpać. Masz wolną wolę. Ale jeśli zostaniesz poparzony, zapłacisz za leczenie. A jeśli umrzesz, cóż... Jak to powiedział przedstawiciel rządu: "Pływasz w oceanie z meduzami? Prosisz się o śmierć". Oraz (to też cytat): "Na głupotę prawo nie pomoże".
Stoję więc na bezpiecznym brzegu oceanu i... nagle zapragnęłam przejść na drugą stronę siatki, żeby poczuć wolność i siłę morskiego bezmiaru, a nie oswojony żywioł między sieciami.
Oczywiście nie chciałam wejść do wody - meduzy! - tylko chwilę postać na dzikiej plaży.
I jak przełożyłam nogę, tak natychmiast ją cofnęłam.
Bo trzy dni temu pojawiły się nowe tablice. Ostrzegające przed krokodylami.


Myślicie: Co ta Kejt pisze?! Krokodyle? W oceanie? Owszem, i to wielkie i bardzo agresywne. Krokodyle różańcowe. Właśnie niedawno taki jeden wciągnął pod wodę i napoczął turystkę. Nie przeżyła. A na całym wybrzeżu pojawiły się ostrzeżenia w trzech językach.
Tak więc dwadzieścia metrów od miejsca gdzie mieszkam wałęsają się krokodyle, w oceanie meduzy i rekiny, w parku komary przenoszące dengę, w zaroślach jadowite węże, w łazienkach pająki i tak dalej i tak dalej.
Ale poza tym to prawdziwy raj na ziemi. Dla tych co przeżyją. :D :D

sobota, 28 stycznia 2017

"Kroniki Ferrinu" - ciąg dalszy nastąpił...

Wielokrotnie takie miłośniczki Kronik Ferrinu jak ja prosiły mnie o ciąg dalszy. Wprawdzie pięcioksiąg jest skończoną całością, ale dlaczego nie miałybyśmy co jakiś czas wracać do tego świata?
Specjalnie więc dla nich pierwszy rozdział księgi VI pt. "Krew dell'Idarei". Nie pytajcie, Kochane, kiedy będzie reszta. Nie wiem. Darowuję Wam to, co napisałam. Może kiedyś powrócę do pomysłu powieści w odcinkach właśnie z Kronikami? Żebyśmy razem mogły raz jeszcze "zapaść się w Ferrin i to było niesamowite"?
Po przeczytaniu koniecznie napiszcie, jak się podobało! 


I jeszcze mała niespodzianka, która wprowadzi Was w nastrój. :) Skomponowałam ja, zaranżował Maciej Mulawa.

video


KREW DELL’IDAREI

Jechał wolno, krok za krokiem przemierzając południowy trakt. Kary Cień, którego dosiadał zdawał się drzemać: zwieszona głowa, przymknięte powieki i ten powolny, hipnotyzujący stęp – jednak obaj: i wierzchowiec, i jeździec, byli czujni. Drogi tej krainy, tnące leśną gęstwinę, pełne były niespodzianek, czyhających na nieostrożnych podróżnych. Szczególnie na samotnych i nieostrożnych. Dzikie lwiany, smoki, zbuntowane driady – to najmniej niebezpieczne ze stworzeń zamieszkujących Przeklętą Puszczę. Prawdziwym zagrożeniem byli ludzie.
Młody mężczyzna, mieszanej rasy, odgarnął z oczu kosmyk czarnych włosów, który wyrwał się spod aksamitki. Przejechał wierzchem czteropalczastej dłoni po czole, ścierając pot. Nawet jemu – wojownikowi odpornemu na każdą pogodę i niepogodę – nieznośny, ciężki upał dawał się we znaki.
- Tu się zatrzymamy – rzekł nagle, widząc prześwit między drzewami.
Cień bez oporów skręcił z bitego traktu na leśną ścieżynę.
Jeździec zeskoczył na ziemię, nim wierzchowiec stanął, i rozejrzał się bystro dokoła. Polana zdawała się być oazą spokoju. Wabiła soczystą zielenią traw, cichym szmerem pobliskiego źródła, a płaski głaz wprost zapraszał do biesiady.
- Ładnie tutaj – odezwał się Cień wprost do umysłu swego pana.
- Aż za ładnie – odmruknął tamten. Nagle poczuł silną wibrację tuż obok... – Oho! Do kamienia się nie zbliżaj. Źródło mocy. Niezbyt przyjaznej – rzekł po chwili.
- Przecież czuję – prychnął Cień. – Na twoim miejscu Mocy bym się nie obawiał. Prędzej tego, co niesie mrok.
Faktycznie. Choć zbliżał się wieczór, duchota nie słabła. Wręcz przeciwnie – zdawała się gęstnieć z każdym oddechem.
- Myślisz, że to robota driad? – Mężczyzna rozejrzał się raz jeszcze, jakby mógł wypatrzeć wśród listowia nieprzyjazne duchy.
- Myślę, że powinniśmy ruszać, choćby nam przyszło…
Cień nie dokończył. Cicha czerwonopióra strzała wbiła się w pień tuż obok głowy jego pana. Ten nawet nie mrugnął. Po prawdzie tego się spodziewał. Po to zatrzymał się na polanie. Teraz unosił powoli ręce, ukazując driadom czyhającym na jeden gwałtowniejszy ruch, iż dłonie ma puste, a intencje czyste. Jego Cień z westchnieniem niemal człowieczym przyklęknął – w tej pozycji był równie bezbronny, co jego pan.
Pierwsza wiotka jak młoda brzoza istota, utkana bardziej z marzeń sennych, niż z ciała i kości, jednak jak najbardziej cielesna, wychynęła zza drzewa, za którym nie miała prawa się skryć – było tak cienkie. A jednak właśnie za nim, zaledwie dwa kroki od przejezdnych była ukryta.
- Powód. Daj mi dobry powód, bym zostawiła cię przy życiu, mieszańcu. – Ostatnie słowo zabrzmiało jak splunięcie.